Chwalę, oceniam, krytykuję...
Blog > Komentarze do wpisu

...Dzień Zmarłych to jeden...

...z ważniejszych dni w roku. Wczoraj było Dzień Zmarłych, nie lubię go nazywać świętem, bo w sumie co tu świętować – ich śmierć? Ale nie o tych chciałem pisać.

Gdy wybraliśmy się z rodziną na cmentarz, przykro nam było, że nie możemy być na gromach naszych bliskich – Marty Taty, dziadków, moich dziadków. Jeśli o to chodzi to niestety mieszkamy za daleko, aby pojechać na ich groby, szczególnie teraz z Alkiem. On jest za mały na tego typu wyjazdy. Gdy tak staliśmy na pobliskim cmentarzu (w Gdyni) zacząłem myśleć o moich dziadkach.

Myślałem o moim dziadku od strony mamy – Tadku. Umarł jak miałem kilkanaście lat, ale pamiętam jak lubił się z nami bawić, a jak już mu przeszkadzaliśmy to mówił nam (wnukom), że dostaniemy 5zł za każdy czarny włos, który znajdziemy na jego głowie. Na nasze nieszczęście dziadek był prawie łysy a niewielka ilością siwych włosów. Nie przeszkadzało nam to prowadzić wytrwałych poszukiwań. Pamiętam, że dziadek był bardzo zasadniczy, wystarczy że spojrzał na nas a już się uspokajaliśmy. Prawie zawsze, gdy przyjeżdżaliśmy nagrywał nasz śpiew na magnetofon. Potem wspólnie siadaliśmy, słuchaliśmy i śmialiśmy się. Tak właśnie zapamiętałem dziadka Tadka.

Jeśli chodzi o dziadków od strony ojca to ich pamiętam lepiej, bo więcej czasu u nich spędzałem. Dziadek Stanisław (mówiliśmy na niego również – dziadek Tadek, do tej pory nie wiem czemu) był zawsze bardzo „poukładany”, porządny, dobrze ubrany. Zawsze oglądał Wiadomości i skrupulatnie  spisywał wyniki LOTTO . Wtedy kupony były inne, wyglądały jak harmonijka – na jednej stronie skreślało się cyfry, a druga strona kalkowała skreślenia na trzecią stronę. Dziadek często zabierał nas na swoją działkę, na której miał garaż, ogródek, szklarnię i małą hodowlę królików. Bardzo lubiłem się tam bawić. Zawsze było jakieś zajęcie. Jak nie objadanie się pożeczkoagretem, morelami albo innym owocami, to majstrowanie w garażu dziadka, tam było chyba wszystko. Wieczorami siadywaliśmy wszyscy przed telewizorem i oglądaliśmy telewizję. Niemal zawsze dziadek albo babcia drapali mnie po plecach. Uwielbiałem to i chyba nadal lubię. 

Babcię Elę z kolei zapamiętałem jako wspaniałą kucharkę. Wszystko co wychodziło spod jej ręki, smakowało wyśmienicie. Najbardziej jednak w pamięci utkwiły mi placki ziemniaczane o pięknym  złoto-brązowym kolorze i frytki, które mogłem wcinać kilogramami. No nie mogę zapomnieć o szczawiowej z jajkiem – palce lizać. Babcia Ela zawsze dbała w domu o porządek i zarządzała pieniędzmi, płaciła wszystkie rachunki, robiła zakupy. Teraz jak o tym piszę przypominają mi się koleje historie z mojego dzieciństwa związane z dziadkami. Lubiłem przyjeżdżać do dziadków, bo zawsze miałem coś ciekawego do roboty. Rzadko się nudziłem. Pamiętam, że u dziadków, zawsze obiad był dwu daniowy, najpierw zupa a później drugie danie. W domu rodzinnym zazwyczaj było jedno albo drugie, ale u dziadków to było nie do pomyślenia. Pamiętam, że miejscem dla nas zakazanym był barek dziadków. Tam trzymali alkohol, ale również słodycze. Zawsze jak babcia go otwierała, wiedziałem, że dostaniemy ciastka albo cukierki.     

Tak w wielkim skrócie wspominam dziadków. Brakuje mi ich bardzo. Nie powinni jeszcze umrzeć, mieli jeszcze czas. Szkoda, że wtedy nie doceniałem tego, że byli. Na szczęście zostały mi wspomnienia – one nie umrą. 
poniedziałek, 03 listopada 2008, kooll